wtorek, 25 grudnia 2012

Jakoś idzie...

No, i już zaniedbałam... ale tylko pisanie, bo muszę przyznać, że jakoś w miarę mi to wszystko ostatnio idzie. Wczoraj, jako że była Wigilia, i dzień wcześniej, gdyż byłam strasznie słaba odpuściłam wieczorne serie, nadal ćwiczeń na brzuch. Oprócz tych dwóch dni dzielnie się trzymałam, starałam się robić ćwiczenia nawet gdy byłam zmęczona. Oczywiście D. mi w tym nie pomagała, no gdzieżby, ale dawałam radę. Co ważne starałam się też w miarę dobrze jeść i ograniczyć te moje 16 łyżeczek cukru kawowych, do mniej więcej czterech. Muszę przyznać, że się udawało. Do niedzieli jedzeniowo była bomba, grzecznie podchodziłam do wszystkiego, a na słodycze w ogóle nie miałam chęci, co jest dla mnie wielkim szokiem.
W niedzielę była już niestety pizza z przyjaciółmi i wczoraj wielkie obżarstwo, ale nie mówiłam przecież, że będę się głodzić. Raz kiedyś nie zawsze, dwa razy nie często ;) Ważne jednak, że udało mi się zacząć jeść zdrowiej, ograniczyć wszystko co złe i zacząć się ruszać. Jestem z siebie zadowolona, ale nie było łatwo. Bo na samym początku brak kawy i słodyczy dawał o sobie znać, głowa mnie tak strasznie bolała, że musiałam się ratować cukierkiem, albo dwoma oraz kawą. Na szczęście to już za mną, a ja widzę, że daję radę :)

wtorek, 18 grudnia 2012

Kiepsko idzie...

Ten zdrowy tryb życia to chyba nie dla mnie. Dzisiaj byle jakie żarło, mama mnie jeszcze dokarmiła podwójną porcją frytek z sosem, więc może lepiej się nie przyznawać. Z plusów : ograniczone słodycze: 3 cukierki i 3 kawałki ptasiego mleczka :P plus ograniczona kawa - była jedna. Chociaż tyle dobrego. Z ruchu - 15 min zumby, a za chwilę odrobina czegoś na brzuch, ale za wiele tego nie będzie... Jutro będzie lepiej ... for sure ;)

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Miała być pomoc i co?

No to zaczęłam... dziś dzień rozpoczęłam od kawy i trzech kawałków ptasiego mleczka :P A co sobie będę żałowała, nie? :D Wiem, że muszę ograniczyć słodycze i kawę, ale nie zrezygnuję z nich never. To moje całe życie, choć wiem, że ostatnio przeginałam - cztery kawy dziennie (każda 4 łyżeczki cukru czyli razem 16! dziennie - nie licząc herbat) plus dodatkowo ok 1 kg! ciastek, tak wiem nie widać po mnie, czasami uzupełnianych marsem albo innym batonem, albo cukierkami. Dokładając jeszcze dietę i moje nocne obżarstwo - kocham zasypiać, jak jestem przejedzona i mam pełny brzuch, to niebawem może się to dla mnie źle skończyć. Patrząc z ekonomicznej strony - zaoszczędzę przy tym duuużo kasy, no i moja mama też :]. Do dzisiejszego żarła podczas świątecznego spotkania z E.M. dołożyłam megaporcję shormy z frytkami i sosami, piwo - ledwo co to wchłonęłam ...no i to by było na tyle jedzeniowo ... nie fajnie to wygląda wiem, obiecuję sobie poprawę - w końcu w ciągu 24 godzin nie można całkowicie wywrócić swojego meganiezdrowego trybu.

Ha! Żeby nie było tak źle, na koniec dnia zapodałam sobie ćwiczenia z C.C. Tu też bajki nie było, moja towarzyszka niedoli - D. nie chciała  w ogóle ćwiczyć i tylko zerkała na mnie spod nosa, mając minę co najmniej jakby się ze mnei mocno nabijała i co rusz albo ochoczo zabierała się do podgryzania moich stóp, albo uszu i tyle by było z tego ruchu - na dwóch seriach po 10 powtórzeń przy czterech cwiczeniach na brzuch się skończyło i dupa. Ale.... jutro będzie lepiej! :]

a z tą panią to dokończę jutro... :)
http://www.youtube.com/watch?v=N7vh8JvxnEk

niedziela, 16 grudnia 2012

To nie tak miało być...

Skończona uczelnia sportowa, w miarę rozruszane kości i ... mijają już właśnie dwa lata od powrót do domowych pieleszy, w ciepełko kołderki, grzejącej w ręce 'hot chocolate', maminych obiadków, często i własnych kulinarnych wytworów.  'Stacjonarny' tryb życia rozpoczęłam jednak pół roku później, bo to i jeszcze trochę szkoły zostało wtedy, ale już na dojazdy. Jak to w naszym kraju bywa brak pracy, a całe dnie przepełniały zajęcia czysto siedzące, tj. komputer, komputer komputer. Tak do mniej więcej tego roku wyglądało moje życie, dokładniej do 19 marca, kiedy to w życiu mym pojawił się towarzysz niedoli, a raczej towarzyszka - suczka rasy najlepszej, dzięki której coś mi się w życiu poprzestawiało. Dokładniej - do monotonni codzienności, tj. wstawania, jedzenia, spania, leżenia,  komputera i komputera i komputera doszły mi spacery i zabawy/ z D., wszystko przeplatane próbami (chyba niezbyt udanymi) tresury, których to czynności nie jest mało do tej pory, bo to nadal młode stworzenie i zabawy, ruchu i nauki nadal potrzebuje.

Niestety, ale z każdym dniem widzę coraz bardziej i coraz mocniej mi to w oczy świeci, że spacery z D. są jedyną moją formą aktywności fizycznej. Taaaak, i pisze to osoba z wykształceniem czysto sportowym, która powinna robić zupełnie odwrotnie, ale jak to przysłowie mówi 'Szewc bez butów chodzi', tak i ja nie korzystam z zasobów mojej 'wiedzy'. Tak jak zaczęło mi to w ostatnim czasie przeszkadzać, tak coraz mocniej zaczęła działać ta zła strona mocy, tj. lenistwo, obżarstwo, cudnie pachnące smakujące i nęcące słodycze, które stały się moim uzależnieniem i wchłaniam je w ilościach katastrofalnie wielkich. Dochodzi do tego brak ruchu, uwielbiane i ukochane przeze mnie hobby - tj. czytanie książek, któremu mocno sprzyja mój odremontowany pokój.  Więc obraz mojej przyszłości nie maluje się w ciepłych korzystnych barwach. Chcę zaznaczyć, że nie jestem osobą z problemami wagowymi, czy coś. Moja waga jest prawidłowa, aja 'podobno' ;) chuda. Widzę jednak, jak mocno zmienia się moje ciało bez odpowiedniej dawki ruchu, i za moment wiem, że tych kilogramów będzie więcej, jeśli się za się nie wezmę. Nie chcę się w żadnym wypadku odchudzać, a wszystko będę jednak robiła według zasady: DLA ZDROWIA.

Jako, że ostatnio zaczęłam już coraz częściej zaglądać do lekarza, i czytać ewentualne straszliwe 'diagnozy' we wszechwiedzącym internecie, to doszłam do jego wniosku, że na pewno nie zaszkodzi mi zmiana trybu życia i walczenie z moim lenistwem. Dlatego też postanowiłam coś zmienić  i zacząć się ruszać. Nie pomaga mi fakt, że najbliższe mi osoby rozsiane są mocno po Polsce i nie mam nikogo tak naprawdę przy boku, kto mógłby mnie np. zaciągnąć na basen albo siłownię za kudły, to jednak postanowiłam w ten sposób - tym blogiem - szukać motywacji i próbować coś z sobą zrobić. Jako, że w piątek zły początek, a badania donoszą, że ludzie rozpoczynający coś we wtorek najczęściej nie kończą swoich planów, więc ja zaczynam dziś. Niech to będzie 'ta ostatnia niedziela'.